czwartek, 20 marca 2014

Nostalgicznie o "Papierku"



                                                     Papierek

          Stało się – sklep mego dzieciństwa, zwany przez wszystkich w skrócie ,,Papierkiem”, przeszedł do historii. Poległ na polu walki z dziwnie pojętym rozwojem dzielnicy i wolnym rynkiem. Od kiedy pamiętam zawsze tam był - położony nieopodal domu, przy ulicy Armii Polskiej, późniejszy Stary Rynek Oliwski. Ulubiony sklep wszystkich dzieciaków - sezam pełen zabawek, gadżetów i najróżniejszych, i najpotrzebniejszych artykułów papierniczych. Do dziś mam w pamięci przyjemny, specyficzny zapach, który uderzał od progu, ilekroć zjawiałam się tam, po jakiś drobiazg. Wewnątrz, przez lata, panował niezmienny podział - po stronie lewej artykuły papiernicze - po prawej zabawki i artykuły sportowe. Lubiłam stać z boku lady i patrzeć na ułożone równiutko zeszyty, rzędy pojemników wypełnionych ołówkami i długopisami oraz na wyłożone w szklanych witrynkach gumki, piórniki i naklejki. Nie muszę chyba wspominać, że mój pierwszy tornister i pierwszy drewniany piórnik, były właśnie z „Papierka”. Z resztą jak wszystko inne potrzebne do szkoły. Ledwie skończyłam zerówkę i zaczęły się wakacje, zapragnęłam zostać posiadaczką szkolnego tornistra. Poczuć się stuprocentową uczennicą. Bezcenne to uczucie, postanowiłam osiągnąć - nabywając tornister. A właściwie, zmuszając do natychmiastowego zakupu moją mamę. Dręczona nieustannie, dała się w końcu zagonić do sklepu, po czym okazało się, że nie ma tam niestety żadnego wyboru. Początek wakacji nie był wówczas bynajmniej czasem na robienie szkolnych zakupów. Na półce sklepowej owszem był tornister - tyle, że jeden jedyny. Stał skromny, samiuteńki i w dodatku nie za ładny. Ubogi asortyment, podobnie, jak i perswazje matuli nie powstrzymały mnie przed spełnieniem raz powziętego planu. Zapewniając gorąco mamę, że brązowy tornister ze skaju jest szczytem moich marzeń, doprowadziłam do zakupu upragnionego przedmiotu, dzięki któremu zostałam, wedle własnego przekonania, prawdziwą uczennicą. Ku memu późniejszemu zmartwieniu, praktyczny ten przedmiot okazał się niezniszczalny i brązowe torbiszcze, towarzyszyło mi w szkole - przez następne cztery lata.
          Do papierka zawsze było po drodze, zachodziłam tam często z kilkoma złotymi  w kieszeni, tylko po to - by pooglądać sklepowe skarby i kupić sobie jakiś zeszycik, notesik albo naklejki. Czasem udało dostać się coś ekstra - chińskie gumki pachnące i bajecznie kolorowe piórniki zamykane na magnez. Dostawa ,,chińszczyzny” skutkowała zazwyczaj długą i krętą kolejką, sięgającą niekiedy, aż do sklepu tekstylnego na rogu, co było jednocześnie informacją dla przechodzących obywateli, że coś rzucili. Dziś może jest to zaskakujące, ale najbardziej rozchwytywanym wówczas artykułem papierniczym - nie przez dzieci naturalnie, był papier toaletowy. Towar jak najbardziej deficytowy, w sklepach dostępny z rzadka i różniący się od współczesnego, znanego wszystkim z hipermarketów - nie tylko ceną. Bardzo na miejscu jest tu skojarzenie z papierem ściernym.
 Panie sprzedawczynie, które pracowały w Papierku latami, tak wryły się w pamięć amatorów zeszytów, że stały się postaciami niemal kultowymi, nieodłącznie kojarzonymi z tym miejscem. Najlepiej pamiętam wysoką, ciemnowłosą, w krótkich kręconych włosach. Nie należała ona do osób zbyt uprzejmych - obsługiwała najczęściej na stoisku papierniczym. Ilekroć weszłam - stała za ladą lekko nadęta, sprawiająca wrażenie, że robi kupującemu łaskę. Ruchy miała nieśpiesznie, jednostajne i posuwiste. W chwilach przedłużającego się braku decyzji ze strony klienta, dawała nieraz wyraz zniecierpliwieniu, strojąc miny i poruszając się charakterystyczny dla siebie sposób ,,urażonej, śpiącej królewny”. Zniecierpliwienie tej pani uderzyło także we mnie, nieprzyjemnym i wcale nie śmiesznym żartem. Gdy nie mogłam na jej oczach zdjąć z palca przymierzanego pierścienia z plastiku, powiedziała z kpiną w głosie, że trzeba będzie palec obciąć. Mnie to nie rozśmieszyło.
         Dzisiaj, nie ma już antypatycznej pani ani sklepu papierniczego, zwanego Papierkiem. Nie można wyskoczyć, jak kiedyś, po zeszyt, ani kupić długopisu po drodze ze szkoły – skończyło się, będę tęsknić. (UWAGA! Mieszkańcy - najbliższy sklep z art. papierniczymi znajduje się we Wrzeszczu przy ul… itd.). W miejscu papierka miała powstać podobno elegancka filia jakiegoś banku, lecz oliwskie wróbelki doniosły mi, że obecnie zagościł tam - sklep Żabka.

2 komentarze :

  1. szkoda że takie "ikony" dzieciństwa odchodzą w zapomnienie, to smutne:(

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj smutny tekst dzisiaj, ale..nostalgiczny. Widzę, że pewne zmiany na blogu pojawiły się. I powiem CI,że fajnie wyszło, super kolorystyka...podoba mi się:)))Pozdrawiam i mile wspominaj PAPIEREK:))

    OdpowiedzUsuń