niedziela, 9 września 2018

Nie chcę żałować, że nie spróbowałam.

Ciąg dalszy następuje.

Kasia idealny moment wybrała, akurat miałam dołek, czułam się  sfrustrowana, blog odłogiem leżał. Jasne było, że w blogowaniu  stoję w miejscu,  nic się nie dzieje, że brakuje mi profesjonalizmu i to są szczyty  możliwości Gosi-samosi. Potrzebne były inwestycje jak wszędzie. Nie będę tu pisać o szczegółach, ale byłam  zmęczona pokonywaniem wszystkich tajników w pojedynkę. Uważałam, że potrzebuję, licząc lekko, ponad dwa tys. zł. na jego rozwój. Powinnam kupić  nowoczesny szablon, może przenieść się z blogera na inną platformę, zainwestować w aparat i kurs fotograficzny. Mogłam też sama zainstalować darmowy, średni szablon i uczyć się tajników fotografowania, ale kupę czasu by to zajęło, a aparat i tak potrzebowałam lepszy.  Jak na blog hobbystyczny  to dużo za dużo.


 W zasadzie stałam w rozkroku, planu nie miałam, sama nie wiedziałam, o co mi chodzi. Wydawało mi się, że piękny blog coś tam zarobi, ale zaraz przypomniałam sobie, że wszystkie blogi, które lubiłam i które zaczęły publikować głównie teksty sponsorowane, zatraciły swą autentyczność i jako fan je porzuciłam. Nie chciałam tego dla mojego czasu oscrapowanego i  zaczęłam skłaniać się do zamknięcia bloga.

Kasia dobrze wyczuła moment i zagadnęła mnie bardzo umiejętnie. Zgrabnie nawiązała do rękodzieła i  blogowo-odległościowej relacji, która nas łączyła. Zaprosiła mnie też kiedyś do wystawiania moich dzieł w jej sklepie internetowym.  Wiedziałam, na pewno, że jest miła, konkretna i  ma hobby!
Zagadnęła mnie na messengerze i zadziałało.  Parę obiekcji miałam, które pięknie objaśniła wszystko przez telefon, nie czułam się ani przez chwilę namawiana, atakowana, czy coś w tym rodzaju. Mogłam odmówić w każdej chwili, ale byłam ciekawa.  Zapisałam się i ... zaczęłam walkę ze sobą. Powiedziałam A, bo Kasia mnie przekonała i  zobowiązałam się tym samym do powiedzenia B.

Małgorzato, przekonaj sama siebie.

Pozostałam z wiarą, że system biznesowy gdzieś tam działa  i inne dziewczyny odnoszą sukcesy, ale nie z wiarą, że mnie też to może dotyczyć. Mnie takie rzeczy się nie przydarzają. Prędzej zgubię niż coś znajdę. To było po pierwsze, po drugie zwaliły się na mnie zadania, które przywitałam, z niepewnością, ale wierzyłam Kasi, która spokojnie mówiła, że da się zrobić, wspierała mnie i uspokajała.
Na dzisiaj koncentruję się na korzyściach, pracuję, szkolę się i idę do przodu. W końcu to nie pierwsze wyzwanie jakie podejmuję w życiu, wystarczy wspomnieć mój kurs na tramwajarkę i pomykanie po szynach bez kierownicy oraz dziewięciokrotne zdawanie egzaminu na prawko.
Coś w tym jest, że jak czegoś bardzo się chce, to przeszkody się pokonuje, szuka sposobów i się nie poddaje, to prędzej czy później się uda:)

Dzięki wielkie za uwagę, za to że jesteście i pięknie komentujecie. Pozdrawiam:)


środa, 5 września 2018

Dlaczego Teamwork? cz.1

Słyszałam gdzieś, że Polacy wolą zaciskać pasa, niż szukać dodatkowego dochodu. Zaciskanie pasa   znam, ale ile można. Zaczęłam rozglądać się za dodatkowym zarobkiem.
Postanowiłam  na przykład, że  zostanę tajemniczym klientem.


Zarejestrowałam się na odpowiedniej stronie, wykonałam pierwsze zadanie, żeby udowodnić, że się nadaję. Na stronie jest też nieco do wypełniania, a zleceniodawca zwraca uwagę na pisownię, wymaga kultury i wystrzegania się błędów. Okazało się,  że pospieszyłam się zbytnio. Przyświecała mi wizja nieskomplikowanego zajęcia, zaczerpnięta z prasy kobiecej lat 90 -tych,  którą miałam w pamięci, a tu czasy się zmieniły i trzeba nagrywać. Nie wystarczy pomarudzić przy kupowaniu i obserwować, czy obsługa żwawo się rusza. Trzeba nagrywać i zdjęcia cykać. Auć, z szoku nie dopytałam,  na jaki sprzęt te cyrki cyfryzować i czy wystarczy nagranie audio, czy raczej video.
Już się widzę oczyma wyobraźni jak z małżonkiem w salonie samochodowym, odgrywam  rolę na miarę szpiega z krainy deszczowców i nagrywam po kryjomu całe widowisko na komórkę. Tak na poważnie, bardzo niekomfortowo bym się czuła. Profity natomiast w żadnym razie nie wynagradzały dodatkowego obciążenia psychicznego. Odpadłam w przedbiegach.
A może praca dodatkowa na godziny. Okazyjne pilnowanie dzieci albo sprzątanie. Cóż, szczęścia i tu nie miałam, zapominałam sprawdzać ogłoszenia i w efekcie trafiałam głównie na oferty bardzo kolidujące z moim etatem, który bądź co bądź mi odpowiada.
No to może bardziej realna praca, na przykład w weekend, na przykład w  nocnym monopolowym ?


Uuu, też bym się nie czuła komfortowo. Niesamowite, komfort psychiczny i fizyczny okazał się dla mnie ważniejszy niż kasa no, chyba że pospolitym leniem jestem, nie wiem.
Męczyłam się zatem bez kieszonkowego (pobory w całości przeznaczone na chlebek i takie tam... ), i obmyślałam plan napadu na bank spółdzielczy w Pcimu Dolnym gdy napisała do mnie Kasia B. Akurat w momencie gdy miałam zainwestować w czarną, bawełnianą włóczkę na kominiarki hand made. cdn




wtorek, 4 września 2018

Za ciosem.

Dzisiaj odniosę do komentarza moim poprzednim postem i rozwieję przy okazji niejasności krążące w obiegowych opiniach, bo coś mi zdaje, że sporo ludzi myśli podobnie. 

 ... "to mi się mi kojarzy jedynie ze sprzedażą bezpośrednią w modelu piramidy... czyli im więcej ludzi wciągasz, tym więcej zarabiasz."

 Piramidy

Myślę, że większości piramidy kojarzą się w pierwszej kolejności z piramidami w Egipcie, a w drugiej z piramidami finansowymi, też tak miałam. Na szczęście piramidy finansowe są w Polsce nielegalne i karalne. Niestety tak już jest, że odkąd powstał pieniądz i zróżnicowanie majątkowe, zawsze znajdą się ludzie, którzy zechcą zarobić szybko i bez wysiłku i zawsze znajdą się oszuści, którzy tę chęć próbują wykorzystać.
W piramidach nie ma produktu (jeśli są to urojone jak np.papiery wartościowe), nie ma obrotu, nie ma marketingu, nie ma awansów, nie ma wypłat. (Może na początku są na zachętę.) Piramida zawsze w końcu bankrutuje.
Jak myślicie, piszę się na piramidę i zacznę wciągać w to gie swoich przyjaciół?


Następne skojarzenie- sprzedaż bezpośrednia.



Sprzedaż bezpośrednia jest jedną z form sprzedaży detalicznej. Polega na dotarciu przez sprzedawcę bezpośrednio do potencjalnego klienta w miejscu jego pracy, zamieszkania lub w czasie specjalnie zorganizowanego wyjazdu turystycznego. Wywodzi się ona z handlu prowadzonego przez domokrążców-komiwojażerów.
 Tu już lepiej, bo legalnie, jednak żeby zarobić parę tysięcy miesięcznie, to musiałabym się chyba nieźle na latać i stracić na to  dużo czasu, a pracuję jeszcze na etacie.

I trzecie skojarzenie.

Im więcej ludzi wciągasz, tym więcej zarabiasz. Gdyby mnie ktoś tak zareklamował biznes, to bym od razu uciekła.  Ilu  ludzi mam wciągnąć?   Dziesięciu, stu, czy więcej i jak pracować z taką armią? Być może istnieją gdzieś struktury, które płacą za wciąganie osób, ale mnie coś takiego nie pasuje.


Moja odpowiedź MLM i zagadka rozwiązana.

 

Owszem budujemy zespoły, każdy swój i zapraszamy znajomych do współpracy. Nikogo nie wciągamy, tylko proponujemy  możliwości zarobku i rozwoju w zasadzie na tacy. Można się zgodzić lub nie. Wystarczy, współpracować bezpośrednio z trzema, czterema, góra z pięcioma osobami na raz. Mamy partnera biznesowego, mamy plan marketingowy, mamy produkt, mamy obrót, od którego otrzymujemy wynagrodzenie. Nie latamy po obcych ludziach z produktami. Każdy startuje z tego samego poziomu i może przewyższyć zarobkami osoby, które go zaprosiły. Tak samo, jak bycie dłużej w projekcie nie zawsze przełoży się na wyższe zarobki. Wyniki zależą od włożonej pracy. Biznes jest dziedziczny i można przepisać go w przyszłości na dziecko.  
Gruszki na wierzbie mnie nie interesują. Jeśli trzeba pracować, a kasa nie pojawia się znikąd, to już lepiej, a nawet bardzo dobrze.

 Jeśli siedzisz czasem  nad pustą kartką i czekasz na nowy, cudowny pomysł, który ma zmienić twoje życie, to lepiej zapisz na niej swoje marzenia, wykorzystaj gotowy plan marketingowy i spełnij je.





czwartek, 30 sierpnia 2018

Dlaczego wierzę, że mi się uda?

Czy potraficie sobie wyobrazić sytuację, kiedy chcecie pracować dla siebie i rozkręcić własny biznes?
Z pewnością wielu ludzi zastanawiało się nad tym przynajmniej raz w życiu.
Mnie też się zdarzyło.
Po pierwsze, jeśli mamy już pomysł, to na początku potrzebne są pieniądze.
Na materiały, narzędzia, kasę fiskalną, na zus, na lokal, prąd, księgową i nie wiem co jeszcze.
Może na kursy doszkalające? Na samochód? No tak jeszcze reklama by się przydała.
Po drugie, gdy uporamy się z tym, co wyżej, ile czasu będziemy potrzebować na to, by nasz wkład się zwrócił i żebyśmy zaczęli zarabiać. Jak myślicie, pół roku? Rok? W sumie trudno  przewidzieć, bo od wielu czynników zależy, no i od naszej pracy i zaangażowania oczywiście.
Brzmi zachęcająco? Nie dla mnie, bo już przy pierwszym punkcie wymiękłam. Jednak nie jest to niemożliwe, bo zdarzają się ludzie, którzy sobie radzą w małym biznesie, pokonali własne ograniczenia, znaleźli odwagę i siłę, choć jak wiemy, nie jest to łatwe, zwłaszcza w pojedynkę.




A teraz wyobraźcie sobie sytuację, gdy chcecie mieć własny biznes, jesteście gotowi pracować na sukces, ale nie macie na niego pomysłu ani pieniędzy i pojawia się ktoś, kto twierdzi, że ma dla was propozycję i że wam we wszystkim pomoże, a co najlepsze da się go rozkręcić bez własnych pieniędzy.
Do tego będziecie mały zapewnione stosowne szkolenia za darmo, że wszystko jest  oganięte od strony prawnej i nie musisz zatrudniać księgowej. Będziecie mogły się rozwijać, dobrze bawić, pracować w domu i poznacie wiele wspaniałych i pozytywnych osób. Dostaniecie gotowy model pracy i wsparcie i pomoc osób, z którymi będziecie współpracować. A jeśli będziecie wytrwałe po pół roku, osiągniecie namacalny sukces finansowy, a po roku będziecie zarabiać powiedzmy od 3 do 5 tys. zł.  I co lepiej?
Tak to też jest możliwe. Jeśli brzmi trochę za różowo, to powiem wam, że jak w każdym biznesie nie zawsze wszystko idzie gładko, że trzeba uwierzyć we własne siły, co nie dla wszystkich jest łatwe, że trzeba zaufać osobom bardziej doświadczonym, że trzeba będzie się zorganizować i pracować na sukces. Z tym że przez cały czas nie będziecie w tym wszystkim same. Będziecie pracować dla siebie, ale nie same.
 Na koniec coś ważnego, jeśli macie motywację i marzenia, to macie paliwo do działania.


I jak, pisać dalej?
cdn, Pozdrawiam:)

wtorek, 28 sierpnia 2018

Mój przyjaciel- planer.

Prawda jest taka, że nigdy nie lubiłam planować. Prawdopodobnie w głębi siebie bałam się, że będę musiała je wszystkie zrealizować, a jak mi się odechce, to będę miała sobie za złe.

Jako taki plan miałam zawsze w głowie, a wszelkie pomysły i pojawiające się zadania ogarniałam na bieżąco. Resztę, zwłaszcza sprawy nieprzyjemne odkładałam, póki się dało. Dobrze, że mąż sprawdza się w roli niezawodnej przypominajki.



ale... teraz przyszła zmiana..... i szpak goni pawiana


Stało się, nic nie trwa wiecznie. Kupiłam planer. śliczny, elegancki, rzekłabym wypasiony, cokolwiek to znaczy.
Skończyła się era polegania na swej pamięci, nastałam nowa JA. Zorganizowana i zaplanowana kobieta sukcesu.



a na co ci on Małgorzato, możecie mnie spytać

Na pewno nie po to, by menu tygodniowe planować, choć i na menu miejsce w nim zapewniono, co zapewne się przydaje, choć na chwilę obecną nie mnie.
Planer jest mi potrzebny do planowania dzień po dniu zadań, które są konieczne do tego, by osiągnąć sukces w biznesie.
Jaki by on nie był, znaczy ten biznes, pracować trzeba, chuchać, dmuchać i nie ustawać nawet wówczas gdy efektów jeszcze nie widać, bo w końcu będą. Jest to udowodnione naukowo, zaręczam.


Czy planowanie się sprawdza ?

W przypadku, kiedy ma się dużo drobnych czynności do wykonania i jest obawa, ze czasu nie starczy, albo pominiemy coś ważnego, jak najbardziej. Mnie czasu specjalnie nie brakuje, dlatego zapiski spełniają u mnie rolę sekretarki i przypominają mi co mam robić i nie omijać chimeryczne rzeczy mało przyjemnych. Rzut oka i wiem na czym stoję. Nie tracę czasu na przypominanie sobie i zastanawianie się, czy to już wszystko, czy jeszcze nie, odhaczam i lecę dalej.
Faktycznie mogę dziś stwierdzić, że pewne rzeczy dzięki niemu stały się prostsze, a nawet to, że zwiększyło mi się poczucie bezpieczeństwa. Nie raz i nie dwa trawił mnie niepokój o sprawy niezałatwione, które majaczyły gdzieś w oddali. Teraz są zapisane, potem załatwione, odhaczone i po bólu.
Pozdrawiam was serdecznie:)

czwartek, 23 sierpnia 2018

Nie boję się zmian.

Zmiany są dobre, wystarczy jakieś dla siebie wybrać.

W życiu każdego z nas może zdarzyć się taki moment, w którym uznamy, że  doszliśmy do mety i nie wiadomo co dalej. Koniec drogi, finito i co gorsze nieraz przygnębienie. Stanęłam niedawno i ja przed taką ścianą (nie pierwszy raz) wiedziałam więc, że czas na nowe.
Przez pewien czas życie kojarzyło mi się z obowiązkami, często niemiłymi, każdy czegoś ode mnie oczekiwał, a ja nie liczyłam się zupełnie. Miałam wrażenie, że moje życie do mnie nie należy. Nikt nie uprzytomnił mi, że mam wybór, że mogę decydować i się tego trzymać, albo zmieniać zdanie. Miałam żyć jak inni, robić co mi każą i płynąć z nurtem Brrr...
Wracając do tematu, co kilka lat sprawdzam, czy jestem tu, gdzie  chciałbym być i pytam siebie jak chcę żyć dalej.

Pokonywanie własnej niepewności  znam nie od dziś.

Dzieci dorosły, przyszła pora na spełnianie marzeń. Niespodziewanie dla mnie, podjęłam nowe wyzwania, które mają mnie przybliżać stopniowo do celu.
Zabawne jest to, że jak wiele z nas kiedyś uważałam, że się do czegoś nie nadaję, że nie potrafię, albo boję się. Niestety pozostawanie w tym przekonaniu może pozbawić nas wielu doświadczeń, nieraz cennych,  może pozbawić nas szans na coś lepszego, i  na posmakowanie uczucia dumy z siebie, że pokonało się własne strachy.
Bo czy umiemy wszyscy być np. rodzicami? Musimy się tego nauczyć. Pamiętam jak Super niania powiedziała do ojca, który tłumaczył się, że ma problemy z okazywaniem dzieciom uczuć, to się naucz! I pamiętam też moje zdziwienie, że to takie proste.

 Mam kilka marzeń osobistych.


Moje marzenia na dziś, które mnie dotyczą  nie są wyszukane. Chciałabym chodzić na jogę z instruktorem i mieć pewność, że wszystko robię jak należy, ale nie mam na to kasiorki.
Chciałabym mieć zęby jak z reklamy, jednak  jak wyżej nie mam na to kasiorki.
Chciałabym wyjechać gdziekolwiek na wakacje, bo od lat nie byłam.


 Chciałabym zmienić samochód, zanim ten się rozleci i mieć okno w łazience, żeby kwiaty w niej rosły. Na moje chcenia (te związane z pieniędzmi) z tego, co jest i było do tej pory, szans żadnych nie ma.  Gorzej, trzeba nieraz i rezygnować z mniejszych przyjemności. Jednakże nie jest moim celem uskarżanie się, bo jak pominąć owo niedofinansowanie wszystko jest OK.
 Nie mam jednak zamiaru z rękami w kieszeniach siedzieć i czekać, i potem żałować swego bezruchu. Decyzja podjęta, do dzieła:)
W następnym wpisie o tym, jak się do tego zabrałam. Pozdrawiam serdecznie tych, co wierzyli, że jeszcze wrócę.



sobota, 9 czerwca 2018

Ekologiczna zabawka hand made.





Kto ma dzieci i internet zapewne widział coś podobnego. Pomysły na tego typu zabawkę są naprawdę zaskakujące. Od typowej zabawki sensorycznej dla najmłodszych, poprzez edukacyjną dla ciut starszych, do eleganckiej zabawko-książeczki dla przedszkolaka.
Ja nie wiedziałam w jakim wieku jest dziecko, wiedziałam tylko, że to dziewczynka. Dlatego w moim projekcie nie ma drobnych elementów, które mogłyby się zgubić, a przy tym zabawka nadaje się zarówno dla dwulatki, jak i pięciolatki. Tak myślę, bo już z maluchów wyrosłam i mogę mylić.
Z powodu debiutu nie porywałam się też na skomplikowane w wykonaniu elementy i postawiłam na prostotę. Zabawka wykonana z bawełny i lnu i całkowicie ręcznie.