piątek, 21 lipca 2017

Tego o mnie nie wiecie, typ depresyjny to ja.

Większość ludzi, którzy mnie znają, nie wiedzą, że jestem typem depresyjnym od urodzenia. Myliłam ich zmyślnie opowiadaniem kawałów i wygłupami na imprezach.
To jest tak, jakby okresowo brakowało mi w organizmie jakiegoś składnika. Do tego silne uczucie empatii i wszelkie katastrofy oraz zło tego świata spadały mi na głowę i wpędzały  w otchłań rozpaczy. Przejmowałam się  nawet tym, że pogoda zła i rolnicy będą mieć słabe plony.
Gdy byłam nastolatką,  żadna staruszka w okolicy nie mogła się czuć "bezpieczna", bo wyrywałam im siatki z zakupami, żeby nie dźwigały ciężarów, bo takie słabiutkie.
Z czasem nauczyłam się koncentrować bardziej na własnym życiu i przeciwdziałać nawrotom depresyjnym. Nie, nie alkoholem, zapijanie smutków procentami, jakoś nie przyszło mi do głowy. Gdy czułam się przybita, potrzebowałam bodźca. Organizm jakby sam wiedział, czego potrzebuję. Nowych wyzwań, samorealizacji, nauki itd.   Zaangażowanie w nowe wyzwania ratowało mnie przed złym i poprawiało  samoocenę. Okazało się przy okazji, że jestem wytrwała i łatwo się nie poddaję. Egzamin praktyczny na prawko zdałam dopiero za dziewiątym razem, niebezpiecznie zbliżając się tym wynikiem  do rekordu miasta. Nie wykluczone, że i blog założyłam z podobnych powodów.
Ciekawostką jest to, że na fali przemian w latach dziewięćdziesiątych, gdy zawitało do naszej ojczyzny bezrobocie, walcząc o przetrwanie, śmigałam po Gdańsku tramwajem. Tak, byłam tramwajarą, motorniczą lub przecinakiem, jak kto woli i ciągałam po szarych szynach dwa, a nieraz trzy wagony.  Mam ten etap, na szczęście, za sobą i tramwaje już mi się nie śnią po nocach. Był nawet moment, w którym uznałam, że wytrwam, mimo że moja natura zupełnie do tego zawodu nie pasowała. Zator płucny i zakrzepica skutecznie zapędziły mnie za biurko, nie miałam nic do gadania.


Aby post tak bardzo nie odbiegał od tematu bloga, na koniec fartuszek, który uszyłam. Z założenia miałam wyglądać w nim wdzięcznie jak ogrodniczka, a nie jak walec walec drogowy, ale kto by się tym przejmował. Fartuch uszyty ze spodni z sh.  Uściski dla kochanych Zaglądałków:)

fartuch rękodzielnika

uszyłam fartuch, fartuch bez wiązań











poniedziałek, 17 lipca 2017

Zero waste - po prostu

Jeśli spotkaliście się wcześniej z ideą zero śmieciową, to prawdopodobnie znacie typowe porady dotyczące redukcji produkowania śmieci. I tak jak materiałowe siatki, które są podstawą  i  łatwo jest je wprowadzić, tak inne już niekoniecznie.
U nas  zakupy często robi mąż, który odmawia pakowania warzyw do materiałowych woreczków i co zrobić? Górka woreczków zaczęła niebezpiecznie  rosnąć, dlatego wkładam je do siatki i są używane ponownie. Kilka marchewek ściskam gumką recepturką. Siateczka po cebuli i ziemniakach także do wielorazowego użytku. Podobnie można potraktować plastikowe opakowanie po owocach kiwi, które kupił małżonek. Można wrzucić do pojemnika cokolwiek, nie wzbudzając tym samym sensacji przy kasie.

zero waste, użyj opakowanie  ponownie

użyj opakowanie ponownie

Jak już ten plastik wpycha się drzwiami i oknami, to trzeba go wykorzystywać do zdarcia. Opakowania po makaronie i po mrożonkach całkowicie wyeliminowały u mnie potrzebę kupowania papieru i woreczków śniadaniowych. W ogóle nie wyrzucać bez zastanowienia. Wiele rzeczy można wykorzystać lub oddać, takie wytłoczki po jajkach na przykład. Szklaną butelkę po Kubusiu napełniam wodą i nie potrzebuję kupować nowego gadżetu. W dużej butli po tym samym soczku przechowuję aktualnie suszoną żurawinę.

zero waste, wykorzystaj szklane opakowania do przechowywania

 Nie ma potrzeby kupować nowych pojemników do żywności, gdy za darmo mamy słoiki. Z pewnością mniej kupuję. Biorę coś do ręki, pomyślę chwilę i odkładam, bo jednak nie jest mi potrzebne.
Z pieskim kłopotem radzę sobie tak, że zamiast woreczków na psie odchody, stosuję ulotki  i gazetki  reklamowe. Wystarczy skręcić tutkę,  w razie trudności można użyć dwóch tutek. Gdy psiak lata po podwórku, używam łopatki, którą kitram w krzakach.  Brudną,  kilka razy wbijam ją w ziemię i jest ok.
Płyn do naczyń kupuję nadal, ale używam  bardzo oszczędnie. Rozcieńczam i starcza na bardzo długo. Płyn do mycia blatów to ocet z cytrynami w butelce po Kubusiu. Proszek do prania udaje mi się kupować w kartonach. Pasta do zębów  nadal w użyciu, ale  stosuję oszczędne dawkowanie. Zęby myję na zmianę pastą i olejem kokosowym.  Używam mydła w kostce i  dezodorantu własnej roboty, który bardzo dobrze się sprawdza. Mąż woli mydło w płynie, ale  i tak jest mniej śmiecia, bo ja tylko w kostce.  W sumie postęp nie jest spektakularny, ale nie stresuję tym, bo podjęłam  ze śmieciami coś w rodzaju gry i za każdy zdobyty punkt, przybijam sobie piąteczkę. Nie obchodzi mnie, czy moje działania mają sens, czy nie, ja już inaczej nie potrafię.
Dezodorant własnej roboty sprawdza się świetnie.

zrób świetny, domowy dezodorant


Przepis na dezodorant.
Do łyżeczki roztopionego wosku pszczelego, najlepiej zrobić to w słoiku wstawionego do gorącej kąpieli, dodać 2-3 łyżki oleju kokosowego i grudkę masła kakaowego.
Do rozpuszczonych razem tłuszczów dodać łyżeczkę lub dwie mąki ziemniaczanej i sody oczyszczonej w  takiej ilości aby uzyskać niezbyt gęstą pastę ok.3-4 łyżki.

Moje handmadowe ściereczki także świetnie się sprawdzają. Fioletowa jest the best. Po tygodniach wycierania wyglądają tak:



Pozdrawiam serdecznie odwiedzających i komentujących:)





wtorek, 11 lipca 2017

Nie wyrzucaj. Jeansowe hand made.

Tak to jest, jak się łapie wiele srok za ogon, blog odłogiem leży, sympatycy się wykruszają i wygląda z wierzchu jakbym do góry brzuchem leżała. Co prawda brzuch coraz mniejszy, nie odpuszczam mu i plan z marca cały czas się realizuje. Przejście na dietę bezmięsną trochę pogmatwało sprawę, ale na razie sobie radzę i pracuję nad zakorzenieniem nowych zwyczajów. Uczę się na nowo gotować. Najprościej jest oczywiście z daniami tradycyjnymi w wersji wege, ale to nie wystarczy. Zyskuję nowe spojrzenie na wiele zwyczajnych produktów, które można przygotować zupełnie nadzwyczajnie.
Do tego wciąż żywa idea zero waste.  Postaram się wkrótce coś nowego na ten temat przygotować.
Z rękodziełem trochę przystopowałam, a właściwie zamotałam się na dłużej w jednym, większym projekcie.
Będzie to spora narzuta z kawałków jeansu, pozyskanych z niepotrzebnych już spodni, a jakże.
Projekt odkrywczy nie jest, ale jak go zrealizuję, to chyba pęknę z dumy. Palce pokłute, opuszki obolałe, ale już widać, że będzie piękna.

jeansowa narzuta, heksagony, patchwork

hand made z jaensu, ręcznie zszywane heksagony

 Konkretnie będzie to moja heksagonowa wariacja, czyli narzuta z jeansowych heksagonów, zszywanych ręcznie. Nie potrzebuję narzuty, ale te wszystkie jeansy nie mogą się zmarnować. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że występuje u mnie syndrom nałogowego upcyclingowania.
Pozdrawiam wakacyjnie:)


środa, 28 czerwca 2017

Na inny temat. Co się stało?

  Stało się,  jestem na drodze do weganizmu.

 Nie planowałam tego, ba nigdy nie brałam pod uwagę takiej ewentualności. Zawsze wydawało mi się, że niewielkie ilości chudego mięsa są w zdrowej diecie niezbędne, podobnie jak i ryby.  Zastrzeżenia miałam raczej do wędlin i do tego, co w sobie zawierają oprócz mięsa, więc unikałam.
Mleko od wielu lat używałam tylko do kawy, albo ciasta, a za serem żółtym, który proponują nam w marketach, nie przepadam i nawet do zapiekanek nie dodaję. Lubię natomiast jogurty, maślanki, twarogi i sery pleśniowe.
Najgorsze jest to, że od marca wprowadziłam zmiany w odżywianiu, w których twarogi i jogurty naturalne były na porządku dziennym. Mleko łatwo zastąpić, zresztą kawę mogę pić bez ale co z pozostałym nabiałem? Jeszcze do tego nie doszłam i zgłębiam temat.
Mięso porzuciłam niespełna miesiąc temu i wiem, że to jest jedyna słuszna decyzja. Zrobiłam to nie dla zdrowia, młodości, czy odchudzania, po prostu zrozumiałam, że bezmyślnie żyłam w wielkim błędzie.  Wierzyłam wszystkim, moim rodzicom, dziadkom i innym, że trzeba jeść mięso dla zdrowia. Wierzyłam, że krowa z radością dzieli się ze mną swym mlekiem, a  brudnym świniom i głupim kurczakom w ogóle nie poświęcałam uwagi. Nad uśmiercaniem też się nie zastanawiałam. Widziałam nawet, jak babcia obcina głowę kurze i nie miałam z tego powodu traumy. Zarzynania większych zwierząt nie umiałam sobie wyobrazić i łudziłam się, że śmierć ich jest szybka i bezbolesna.
Prawda jest zupełnie inna, zwierzęta są zniewolone, bez przerwy  zmuszane do rodzenia młodych, trzymane w strasznych warunkach, stłoczone, brudne, nie wychodzą na powietrze, chorują, zdychają, wariują, są bite i kopane. Gęsiom na przykład, co jakiś czas na żywca wyrywa się pierze, które odrośnie po to, by znów je wyrwać. Wiedzieliście o tym? A karmienie rurą wepchniętą przez gardło do żołądka to pieszczota, czy draństwo?
A co ze świniami? Nie przepadamy za nimi, nawet podły człowiek to dla nas "świnia". Mimo że inteligencją przewyższa psa, całe życie spędzi w unieruchomiona w ciasnym boksie z wyrokiem śmierci, wydanym już w dniu urodzenia. Czy wiecie, że warchlaczkom ucina się  ogonki i wycina jądra bez znieczulenia?
W reklamach uśmiechnięta krowa leży na kanapie albo wącha kwiatki i do głowy nikomu, kto to ogląda nie przyjdzie, że tak naprawdę to 95% krów nie wącha żadnych kwiatków i nie pasie się na łąkach, a niebo mogą zobaczyć jak  wiozą  je do rzeźni,  są jednak w takim stresie, że wtedy raczej też nie zobaczą. Swoją drogą, to ciekawe, że w TV co rusz można zobaczyć reklamy mleka, śmietany sera, mięsa i kiełbasy na grill, a nigdy nie reklamuje się dajmy na to świeżej sałaty i rzodkiewki.
Dlaczego, przez 47 lat życia nie wiedziałam, że krowa, aby mieć mleko musi mieć cielaka. Nikt mi tego nigdy nie powiedział. Całe życie myślałam, że  krowa po prostu tak ma, że mleko daje i my   ludzie musimy  jej wręcz pomagać się go pozbywać. Okłamali mnie, jak z resztą  powiedzieć dziecku, że  krowie siłą zabiera się dziecko, a potem kradnie jej mleko i żeby mleka było ciągle dużo i opłacalnie, krowa musi ciągle rodzić cięta, które są jej zawsze odbierane. Wiedzieliście o tym?
Podłość ludzka nie ma granic (tak zacytuję) i to, co dzieje się na farmach i w rzeźniach mnie przerasta i nie chcę już brać w tym udziału, nawet gdybym miała przysłowiową trawę wpieprzać.



Dzięki za uwagę, lecę zgłębiać tajniki  kuchni wegańskiej, a gotować nie lubię, więc...trzymajcie kciuki:)

Ps. O kurach nic nie napisałam i choć zawsze wydawały mi się głupie, a w rzeczywistości nie są,
też nie zasługują na życie w cierpieniu, a wierzcie mi, że mają przesrane.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Rozstrzygnięcie konkursu



 
 Konkurs nie cieszył się dużym powodzeniem i tu czuję się trochę zawiedziona. Poduszka jest naprawdę fajna. Ci, którzy sobie odpuścili niech żałują, bo nagroda będzie powiększona min. o takiego króliczka.


 Wracając do wyników ogłaszam, że zwyciężyła Karolina. Wypowiedź Karoliny ujęła mnie konkretami, a fragment o biżuterii wart zapamiętania.
Pozostałym uczestniczkom bardzo dziękuję za zgłoszenia i piękne wypowiedzi:)
 Zwyciężczynię proszę o podanie adresu do wysyłki na maila: m.gotowka@o2.pl


sobota, 24 czerwca 2017

Zero waste-postępy

To niesamowite jak różni są ludzie i ich podejście do tego samego problemu. Dla mnie zero waste to opamiętanie i wesołe wdrażanie w życie zdrowych i pomysłowych rozwiązań. W dodatku wcale mnie  nie ogranicza, tylko wyzwala z okowów plastiku i konsumpcji w kreatywny sposób.
 Nikt mi nagle nie zabronił używać jednorazówek, foli i plastiku, sama tego chcę i to jest klucz do sukcesu. Jak sam wybierzesz, to nie czujesz ograniczeń,  nie masz poczucia straty,  bo sam wybrałeś lepszą drogę. Dobra decyzja, która wiedzie ku lepszemu, nie jest ograniczeniem, tylko daje poczucie wolności.
Mąż na razie się czai. Gdy dałam mu szydełkową siateczkę na warzywa, stwierdził, że nie będzie jak jakiś dziadek-emeryt do własnej siateczki niczego pakował. Zmilczałam i nie zrobiłam sceny. Na targ przezornie pojechałam sama i zrobiłam zakupy do własnych woreczków.  Sprzedawca się cieszył, bo na eco-bazarku nie mogą używać foli.
Mąż się ze mnie natrząsał i twierdził, że moje jabłka ekologiczne, które kupiłam na ocet jabłkowy, wcale nie są ekologiczne i tylko daję się nabijać w butelkę.
Octu jabłkowego po rozcieńczeniu  z wodą będę używać do przemywania i odświeżania twarzy. Rezygnuję tym samym z micerali w plastikach. Płyn wielozadaniowy z octu i cytryn w szklanej butelce po kubusiu.
Makijaż zmywam olejkami, pomagając sobie dobrym, naturalnym mydłem w kostce. Mydło zapakowane  w kartonik, a olejki w szklane buteleczki. Okazuje się, że przy takim demakijażu moja skóra nie potrzebuje żadnych kremów. Bez żalu rezygnuję z mydeł w płynie w plastikowych kubłach na rzecz naturalnych mydeł w kostce o prostym składzie. Mam tłustą cerę i zainteresowało mnie bardzo mydło z Aleppo z oliwy z oliwek z dodatkiem olejku laurowego. Nie kupie go jednak póki nie zużyję tych, które mam. Płatki do demakijażu oczywiście wielorazowe. Kończy mi się niedługo dezodorant w sztyfcie, ale jestem już przygotowana i mam już składniki na ekologiczny dezodorant z oleju kokosowego, sody, skrobi ziemniaczanej i wosku pszczelego.
Rozważam też odstawienie  balsamu do ciała i szamponu, oba pakowane w plastikowe kubły, na coś  bardziej zerowastowego. Może zrobię sobie jakieś mazidło i kupię mydełko do włosów, na razie zużywam, to co mam.
dezodorant DIY, demakijaż zero waste



Za pomocą TYCH torebek śniadaniowych i TYCH chust, całkowicie wyeliminowałam papier i woreczki śniadaniowe. Myjki ze sznurka i szmatki wielorazowe wykurzyły z kuchni gąbki i kupne ściereczki. Do mycia dzbanka na napoje zmajstrowałam na szydełku zabawny i przyjazny dla środowiska wyciorek na drewnianym kijku. Mąż się uśmiał:)

sprzątanie zero waste, ekologiczne ściereczki DIY


Bardzo ograniczyłam kupowanie wody w plastiku, której  picia zaprzestałam. Mąż zamiast zgrzewki, jak dawniej, kupuje butelkę lub dwie dla siebie. Mam nadzieję, że jak kupię dzbanek z filtrem, pozbędzie się obiekcji i zacznie pić filtrowaną kranówkę. Syn od czasu do czasu wyskoczy z hop colą, więc widzicie, że nie terroryzuję rodziny i nie popadam w obłęd.
Nie mam pomysłu na płyn do naczyń, a mycie octem mi nie leży, dlatego robię jak dawniej, rozcieńczam go i używam bardzo oszczędnie.
Odzyskuję słoiki, kiedyś (o wstydzie) zdarzało mi się wywalić do zmieszanych niemyty słoik z resztką zepsutej zawartości wraz z nakrętką:(:(

Zapraszam na mój konkurs, który trwa do jutra, do północy. Pozdrawiam Was ciepło:)



środa, 21 czerwca 2017

Deku skrzyneczka na ...

O dekupażu zapomniałam prawie, nie ma zainteresowania i jakoś się nie składa. Sama  też nie mam na razie potrzeb z nim związanych, ale kto wie...
Moje myśli krążą teraz wokół weganizmu i idei zero waste. Dekupaż raczej zero waste nie jest. Farby w tubach, kleje i lakiery. Nie jakieś wielkie ilości, ale jednak. Dobrze, że skrzynka drewniana.

Niespodziewanie poproszono mnie o zrobienie skrzynki na prezent.  Wybrałam mój ulubiony motyw filiżanki. Jest bardzo wdzięczny, uniwersalny i delikatny, a przy tym nieoklepany. Reszta w odcieniach błękitu. Cieniowanie osiągnięte metodą suchego pędzla.
Do ozdabiania wybrałam herbaciarkę, ponieważ była głębsza niż zwyczajne szkatułki. Deseczki, które dzielą wnętrze, można z łatwością wyjąć, jeśli okażą się niepotrzebne.
Wieko po ozdobieniu czterokrotnie lakierowane, co daje piękne, błyszczące i gładkie wykończenie.

herbaciarka dekupage, skrzyneczka dekupaż

ozdobna skrzyneczka na prezent ozdobiona metoda dekupage