czwartek, 7 września 2017

Czas oscrapowany- ewolucja i scandi poduszka z próbek tkanin.

scandi poduszka ze skrawków tkanin

Prawie już zapomniałam, od czego zaczęło się moje blogowanie. Ci, którzy zaglądają do mnie od niedawna, mogą się zdziwić, że początki bloga to scrapbooking. Później w naturalny sposób do scrapowania dołączyło rękodzieło wszelakiego rodzaju. Niewyszukane, proste, przydatne albo tylko dekoracyjne. Trochę szycia, dziergania na drutach, szydełkowania, haftowania. Cóż, trudno mi się zamknąć w jednej dziedzinie. Zawsze obecny był w tym działaniu recykling.
Mąż stwierdził wczoraj, że potrafię wszystko, po czym chciał mnie namówić na ostrzyżenie włosów syna.
 Z grubsza może i tak jest, ale to moje czegoś robienie w gruncie rzeczy to  żadna sztuka. Jak się coś lubi, to się robi, nawet jeśli nie jest to doskonałe.
Dekorowanie domu moimi pracami, malowanie mebli itd. poprowadziło mnie prostą ścieżką do blogów wnętrzarskich, które uwielbiam.  Sama też czasem skuszę się na coś, co do postu wnętrzarskiego tylko aspiruje.  Za brak wiedzy i wykształcenia na tym polu, musi wystarczyć mój gust, kreatywność, uczucie i praca, które w to wkładam.
Uważam, że blog mimo swojej różnorodności jest w miarę spójny, a szeroko pojęte DIY, hand made i pomysły z internetu zaanektowane do moich potrzeb, choć kilka własnych też się znajdzie, mają przecież wspólny mianownik. Wolałbym, żeby  czas oscrapowany nie zamienił się w grajdołek typu mydło i powidło i dlatego unikam na przykład wpisów typowo kulinarnych, nawet to sobie uroczyście przyrzekłam.
Plany planami, a życie swoje, znów pojawiło się nowe,  zero waste, a następnie weganizm. Sorry za to, ale inaczej się nie da. Są blogi wnętrzarskie i wiadomo, co tam znajdziemy. Są blogi kulinarne, w których szukamy przepisów, są blogi zero waste, ukierunkowane na ten styl życia i jestem oczywiście ja z moim czasem oscrapowanym, w którym upycham wszystko, co mnie interesi. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale tak być musi. Nie pozakładam przecież blogów bez liku na każdą tematykę z osobna.
Także przepraszam wszystkich tych, którzy szukają tu wpisów DIY, że natkną się na inne tematy, diy nie odchodzi do lamusa, tylko trochę przesuwa się, dając miejsce nowemu. Poza tym nierzadko udaje mi się połączyć na przykład zero waste z diy, więc chcąc nie chcąc, otwierają się przed wami nowe perspektywy.
Prawdopodobnie pojawią się też wpisy o weganizmie,  bynajmniej nie traktaty naukowe tylko  teksty bardziej od serca oraz obrazki z mojego życia bez mięsa i wszystkiego, co pochodzi od zwierząt.
Jeśli możecie, napiszcie, co sądzicie. Może macie dla mnie jakieś wskazówki albo coś wam się nie podoba? Będę wdzięczna za każdą wypowiedź.

poduszka scandi, czarno-biała, patchworkowa poszewka w duchu zero waste
 Własnie skończyłam patchworkową poszewkę na poduszkę z próbek tkanin. Dostałam je od kuzynki, skrawki tkanin były malutkie, więc pierwsze, co się nasunęło, to patchwork. Żaden skrawek się nie zmarnował, wyszło idealnie w duchu zero waste :)
poszewka na poduszkę w stylu skandynawskim

nie wyrzucam, nie marnuję poduszka zero waste ze skrawków tkanin





sobota, 2 września 2017

Veganizuję się i maluję boazerię w kuchni.

biały kącik jadalny z kropą zielonego, kolorowy patchwork, malowane kaktusy
Jak wiecie mam w kuchni drewnianą boazerię pomalowaną na biało. Szkopuł w tym, że była tania, chyba sosnowa i sęki mimo malowania,  po pewnym czasie zaczęły przebijać  żółtymi plamami. Nie wyglądało to dobrze. Poprawki nic się zdały, żółte sęki nadał wyłaziły i szpeciły jak cholera.
Szukałam po internecie sposobu na pozbycie się tego defektu i nawet coś tam znalazłam, ale w sklepach tego typu preparatów nie mieli.
Po malowaniu łazienkowych kafli farbą v33, która jak się przypadkiem okazało, jest jak folia zanim na dobre nie stwardnieje, postanowiłam odseparować znienawidzone sęki  właśnie tą farbą. Efekt wspaniały i jest szansa, że się dłużej utrzyma, a może i na wieki.


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Zero waste zwycięstwa i porażki

zero waste zmiany w domu

 Moje zainteresowanie życiem zero waste zaczęło się mniej więcej trzy miesiące temu, czyli bardzo niedawno.  Muszę tu zaznaczyć, że  to nie znaczy, że  wcześniej  w ogóle nie interesowałam ekologią i  byłam totalną śmieciową ignorantką.
Dzisiaj postaram się wyliczyć wszystko, co udało mi się zmienić w życiu na wersję bez śmieciową oraz to, co jeszcze się nie udaje.

piątek, 18 sierpnia 2017

Wiszący niby koszyk na owoce - łatwe DIY.

Nie wiem, czy to starość puka do drzwi, czy to coś innego, ale zmieniam się i czasem nie bardzo mi się to podoba. Zamilkłam jakoś, zdarza się, że prawie wcale się nie odzywam. Sporo myślę i myśli te nie bardzo przystają do  tego, co mnie otacza. Najlepiej czuję się w domu i niechętnie go opuszczam. Dobrze, że pies przymusowo wyprowadza mnie na spacery (dobry piesek), bo  to w zasadzie jest jedyny ruch, jakiemu się ostatnio oddaję.
Cenię święty spokój,  a od dochodzących mnie politycznych newsów chce mi się wymiotować. Nie pomaga wyłączenie przekaźnika, bo zawsze znajdzie się obok polityczny pasjonat, który musi podzielić się ze światem swoimi poglądami oraz tym co zasłyszał w dzienniku.
Moja kreatywność też słabuje. Pomysły niby są, jednak ciężko się zebrać. Boazeria w kuchni  od tygodni krzyczy o malowanie, a ja nic,  pitraszę spokojnie coś smacznego i bezmięsnego. Narzuta jeansowa przymila się z szuflady, pcha się do rąk, a ja popatrzę, rozłożę, potem złożę i  spokojnie zamykam szufladę, nie spieszę się.
Moja, niegdyś doskonała, pamięć szwankuje, wzrok sokoli  stracił ostrość, stopy się powiększyły. Nie sądzę by urosły, raczej się rozciapciały z wiekiem. Teraz muszę się skupiać, by zapamiętać tą słabą pamięcią, że rozmiar mi się zmienił na 39 i jeszcze dojrzeć malutki i rozmazany numer na bucie.  Bez okularów oczywiście, bo ciągle o nich  zapominam. Na szczęście uważam, że to zabawne.  Gorsza ostrość widzenia ma też swoje plusy.... niedowidzę zmarszczek.
Bardziej cieszą mnie  zakupy jedzeniowe niż ciuchowe (kto by pomyślał), bo te pierwsze zmieniły się na lepsze, są  mega kolorowe, różnorodne,  głównie warzywno-owocowe. Śmieję się z tego, bo nie przypuszczałam, że jestem w stanie zjadać tyle zielska. Rozsmakowałam się w diecie roślinnej i czuję się z tym świetnie.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Chwile szczęścia. Skrzynia deku w ptaszki.

skrzynia dekupage, ptaki dekupage, ombre,  cieniowane farbą
Mieszkam w małym mieszkaniu, mam dziesięcioletni samochód i w ogóle niewiele wszystkiego (o dobra materialne mi chodzi) i jestem szczęśliwa. Jestem szczęśliwa, gdy siedzę z mężem w domu, gdy przytulam psa, gdy chodzę boso po trawie. Jestem szczęśliwa, gdy morski wiatr czesze moje włosy, gdy spaceruję  lesie i wdycham zapach igliwia,  gdy bujam się w hamaku, licząc chmury na niebie. Uśmiecham się sama do siebie, bo wiem coś, czego kiedyś nie wiedziałam. Szczęście nic nie kosztuje i w dużej mierze zależy ode mnie.

sobota, 5 sierpnia 2017

Marny klient i wielorazowa butelka na wodę.

pomysł na bidon dla zero wastera, szklana butelka na wodę zamiast bidonu

Jeśli nie potrzebuję, nie biorę nawet za darmo.

Z życia wzięte, scenka przy kasie scenka w samoobsługowej drogerii. Kasjerka: może pani kupić kubek za 1grosik; Ja: nie, dziękuję nie potrzebuję kubka. W oczach kasjerki zdziwienie. Wtrąca się mąż: za 1 grosz możemy wziąć, przyda się. Wzięliśmy więc, ale pamiętam to do dzisiaj, choć kubka już dawno nie ma.
Dzisiaj pewna pani namawiała mnie do zakupu suplementu diety przez telefon.  Imaginujecie sobie, kupowanie w ciemno suplementu,  od nie wiadomo skąd i od kogo, przez telefon. Trajkotała przy tym jak katarynka i nie dała sobie wejść w słowo.  Już przygotujemy dla pani przesyłkę, i że koszt niewielki, i na długo wystarczy, bla, bla, bla. Do widzenia powiedziałam bezsensu, nie czekając aż skończy.


piątek, 28 lipca 2017

Zero waste, zmiany na lepsze

Zacznę od konkretów. 

skromna łazienka po liftingu w duchu zero waste
Chłopaki zaczęli pić kranówkę, choć młodszy woli coś innego niż wodę, ot choćby domowy kompocik. Wcześniej planowałam zachęcać ich do jej picia zakupem dzbanka z filtrem, ale poszli za moim przykładem bez pomocy dzbanka. Wstrzymuję się z jego zakupem, bo po pierwsze, wszystkie są z plastiku i studzi to mój zapał, a po drugie mam taki w pracy i woda średnio mi z niego smakuje. Trzeci minus, bardzo częsta wymiana filtrów, zbudowanych także w dużej części z plastiku.
Udało  mi się w sezonie letnim nie kupić dla siebie ani jednego nowego ciucha. Doszło coś, ale wszystko z drugiej ręki, w świetnym stanie.  Udało się też z butami, jedną parę dostałam od koleżanki, bo za duże, a drugą odkupiłam od drugiej, bo za małe. Klapki gumowe, które pies trochę wystrzępił, przeszły renowację i prawie nie ma śladu po uszkodzeniu.