piątek, 25 maja 2018

Girlanada i osłonka na doniczkę ze sznurka.


Słabo mi idzie prowadzenie bloga, właściwie czuję, że jestem na wylocie. Wypalenie mnie dopadło, czy coś.. Brak mi ochoty na zmiany, przestawianie przedmiotów, wymyślanie i pisanie postów. Nie mam jednak odwagi napisać, że to koniec mojej przygody, bo wciąż mam nadzieję, że mi przejdzie.
Skoro nie mam nic do powiedzenia, to przejdźmy do rzeczy. Zrobiłam planowaną od dawna girlandę ze sznurka i osłonkę na doniczkę. Osłonka upleciona  ze sznurkowego warkocza, zszywanego ręcznie, który formowałam na bieżąco na kształt doniczki. Girlanda to najprostsze supełki makramy. Przy okazji okazało się, że powinnam była kupić jednak inny sznurek.
Na zdjęciach widać nowy nabytek, odrobinę kiczowatą mini fontannę, ale delikatny szum wody jest super. Może ją jeszcze podrasuję?
Do zobaczenia i pozdrawiam:)
makramowa girlanda

girlanda ze sznurka, makrama

osłonka na doniczkę hand made


wtorek, 8 maja 2018

Pierwsza makrama i coś jeszcze.



Nieoczekiwanie doszłam do stanu, w którym mam wszystko. Próbowałam zapytać siebie, czego potrzebuję, co mogłoby się na mojej liście must have i okazuje się, że nic. Nawet gdy namierzę coś fajnego, to  po zastanowieniu okazuje się, że jest to nadmiar i nie mam na to miejsca. Jedyna rada poczekać, aż z czasem zrobi  się miejsce, aż mi aktualne dekoracje się opatrzą, albo zniszczą.
Znów jestem na zakręcie, nie mam poco szyć poduszek, robić koszy i dywaników na szydełku. Blog z lekka usycha.
Czekam cierpliwie, aż coś się zmieni, bo ogólnie wiadomo, że życie kołem się toczy.
Mimo powyższego stanu udało mi si się znaleźć miejsce na niewielką makramę, na którą miałam chrapkę, tylko obawiałam się, jak mi ona wyjdzie.



Myślę, że nawet się udała. Jest trochę krzywa, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Może zrobię jeszcze jedno podejście.
Z obciętych resztek sznurków uplotłam mały talerzyk-podstawkę i mini-makramę, która zawisła na donicy z monsterą.



Na fotkach widać też nowy, egzotyczny kwiat.


środa, 2 maja 2018

Zielona krowa na różowym tle, czyli o tym jak z gruszki zrobiłam krowę.

 Połączenie zieleni i różu od lat było dla mnie sztandarowym przykładem  niegustownego i wariackiego połączenia kolorów, na który, co tu kryć, nigdy nie było mnie stać.  W sensie przywdziania czegoś podobnego na grzbiet. Nie mniej jednak seledynowy krawat w różowe smoki rozweselał mnie najbardziej. Dzisiaj nastało inne i  gdybym trafiła na  różową koszulkę  w seledynowe nie koniecznie smoki, założyłabym ją z przyjemnością.

obraz z krową w kwiatach

Jeszcze o  kolorach.

Mama mawiała, że czerwony z zielonym się gryzie. A tulipan? Mamusiu, w tulipanie też się gryzie? Jakoś nie byłam przekonana. Zwłaszcza że miałam ukochaną plisowaną spódnicę w szkocką kratę i tam zielony z czerwonym przeplatały się w zgodzie.
Kolory mają swoje czary i mają mary.  Przykład, kolega nosił do szkoły paskudny (tak to wtedy odbierałam) brązowo zielony sweter, który do dzisiaj podsuwa mi natrętną myśl, że to połączenie kolorów jest fatalne. Anioł z Alternatywy 4 nazwał je dosadnie, g...no w trawie. Gdy słyszę brąz z zielonym, widzę sweter kolegi, jak żywy.  Tylko jak się trochę otrząsnąć, strzepnąć natrętne wspomnienie i głębiej zastanowić, ładna brązowa sofa na tle zielonej ściany...będzie wyglądać świetnie.
Innym przykładem zaskakującej dla mnie dwójki kolorów był błękit z beżem, czy też jasnym brązem. Dla większości klasyk, a mi  umknęło. Pamiętam, że byłam szczerze zaskoczona, gdy dotarło do mnie, że te kolory do siebie pasują.  Zresztą, gdy się ma dwadzieścia lat, nie przepadała za czymś takim jak brąz, czy beż. Beżem zaraża się człowiek znacznie później.
Różowy i błękit zestawiałam zawsze z szarym, ewentualnie białym i do głowy by mi nie przyszło, żeby spróbować inaczej, na przykład z czarnym. No tak, ale czarnego to ja nigdy nie lubiłam na sobie. Dodawał mi lat i wygląd chorego.

Krowa w kwiatach.

O tym, że uwielbiam krowy, pisałam nie raz. Na podobraziu, na którym kiedyś namalowałam gruszkę, wypaćkałam krowę. Jest zielona,bo gruszka była zielona, ale dodałam jej odrobinę kolorów. Tło jest różowe, co niekoniecznie widać dobrze na zdjęciach. Jak widać kwiatów, to już w ogóle nie potrafię malować.

obraz z zieloną krową


Nie wiem jak wy, ale ja już uwielbiam moją wege krówkę:)





środa, 25 kwietnia 2018

Nowa poduszka ze starej.

 Zanim wyrzucisz, pomyśl- może da się przerobić.

 Dzisiaj będzie nowa poduszka ze starej, czyli jak zyskać (tutaj nową poduszkę) nie wyrzucić i nie stracić.  Zero waste się kłania.
Mój sposób na poduszki, a właściwie poszewki na poduszki jest taki, że jeśli znudzi mi się jakaś lub przestanie pasować, przerabiam ją  na różne sposoby.  Jak brakuje pomysłów, to jest pinterest. Większość moich ozdobnych poduszek to właśnie przeróbki, w sklepach prawie ich nie kupuję, a jeśli się zdarzy, to też najczęściej  przerabiam, przykład TUTAJ.


Czasem wystarczy przyszycie pomponów.

Bywało nie raz i nie dwa, że chciałam coś tam kupić, ale jak przypomniałam sobie, że mogę sama wymyśleć, to po co?
Inne przykłady moich przeróbek TU, TU i TU.
Taki recykling jest niezwykle prosty i poradzi sobie z tym nawet ktoś, kogo igły nie lubią. Tym razem nie prułam nawet, tylko ciachnęłam szwy nożyczkami, bo poszewka była dosyć duża. Nietknięty został tylko bok z zamkiem. Tkaninę w  crazy kolorowy wzór ( koszula z sh) przycięłam do wielkości poszewki, następnie naszyłam ją na jedną stronę starej poszewki. Jeden bok przyszywałam na ręcznie, prawej stronie, wzdłuż zamka. Potem resztę na lewej stronie.
Można też poduszkę rozpruć i całkowicie wymienić jedną stronę. W poszewce, którą dzisiaj pokazuję, specjalnie zostawiłam tkaninę w całości i naszyłam na nią nową, ponieważ materiał z koszuli był zbyt cienki w porównaniu z tkaniną poduszki.

Ściskam was mocno, następny post niebawem:)




sobota, 21 kwietnia 2018

Stary kilim- powrót


Rzadko tu bywam, bo czas spędzam głównie na drapaniu się i smarowaniu maściami. Moja atopowa skóra wiosną zwariowała i nie chce być piękna. Wytrąca mnie to z równowagi i nie mam melodii do tworzenia, ale o kilimku miało być.

Plącze się ów kilimek po domu i blogu, że dotąd nie wiadomo gdzie spoczął i co się z nim dzieje. Gdy  patrzę na ten przedmiot, czuję jednocześnie przyjemność i obawę. To drugie zapewne stąd,  że spodziewam się kręcenia nosem takich jednych, gdy toto zawieszę.
Historia kilimu trochę się skomplikowała, bo najpierw okazało się, że nie mam go gdzie powiesić. Następnie pełna rezygnacji, odcięłam od niego kawałek na poczet obrazu i nie mogłam się zdecydować co dalej z resztą, na strych, czy kombinujemy. A może torba?
Co rusz przyglądałam się tej szmatce i zastanawiałam się jak ją wyeksponować i dać jej dalsze życie.
Zauważyłam przy okazji tego patrzenia, że frędzle są w złym stanie, więc zaświtał pomysł wymiany, zwłaszcza że poprzednio frędzlowe DIY wyszło mi doskonale. TUTAJ można zobaczyć.
Frędzle frędzlami, ale brzegi materii także pozostawiały wiele do życzenia, a z pewnością ten potraktowany nożyczkami.
Decyzja o ratowaniu szmatki zapadła i zrobiłam z kawałka makatki takie coś. Co myślicie? Wersja kąta sypialnego bez ozdobnika lepsza? Czy jednak z makatką po lifingu?
Zamysł był taki, żeby ją trochę odmłodzić i upiększyć jak się da.
Niebieskie okienka i kilka innych drobiazgów wzmocniłam i podkreśliłam haftem.
Wrzucam raz jeszcze kilka kadrów pokoju po remoncie, ale nie wiem czy udało mi się uchwycić jego urok. Między oknami stoi drabinka z bambusowych tyczek, na której spoczęła girlanda żarówek, zwisająca wcześniej na karniszu.
Sofę okryłam częściowo moim pierwszym patchworkiem z powodu psa, który nie uszanuje tego, że nowa i pcha się miedzy poduchy. Teraz słodko pochrapuje, urwis jeden.
 Nowy nabytek, dziwna odmiana sansewiery. Jest twarda jak kamień, a brzegi liści wyglądają jak zdrewniałe.
Pozdrawiam was ciepło:)

środa, 11 kwietnia 2018

Kąt sypialny w livingu.

sypialnia w livingu


Dzisiaj i ja mogę stwierdzić, że marzenia się spełniają. Nigdy nie miałam sypialni,  nigdy też nie miałam własnego pokoju. Nieprzyzwyczajona do wygód, szybko się dostosowuję i potrafię się izolować nawet w tłumie, jak jest mi to potrzebne.
Nie powiem, ale blogosfera trochę zaostrzyła mój apetyt na fajniejsze i wygodniejsze kąty i w końcu się spełniło. Uwielbiam nasz nowy pokój, living połączony z sypialnią. Bardzo mi się podoba to połączenie. Jest luzackie i jednocześnie efektowne. Miałam  wybór, zamiast kąta sypialnego, mogłam urządzić kąt jadalny, jednak mam takowy w kuchni, więc stąd moja decyzja. Cudów nie oczekujcie, bo to mój debiut i w dodatku prawie bez kosztów. Nowe są tylko lampki, reszta z zasobów.
Za stary dywanik  dałam 4 zł na wyprzedaży  w lumpeksie.
Nie ma zagłówka, choć był pomysł na sklejkę surową, sklejkę oklejoną lub kilim w starym stylu. W zasadzie dorobić można go zawsze, zwłaszcza wówczas, gdy ściana się podniszczy.
Aktualnie pracuję nad moim starym kilimem i reanimuję go, mając nadzieję, że wpasuje się w miejsce zagłówka.

kąt sypialny w salonie

pokój podzielony na strefy


Dziękuję wam za odwiedziny i miłe słowa w komentarzach i do następnego.


czwartek, 5 kwietnia 2018

W zasadzie już z górki. Pierwsze foty poremnontowe.


living po zmianach

Witam was ciepło po krótkiej przerwie, przyznam  nieśmiało, że przerwa w blogowaniu była przyjemna i nie tęskniłam za tym specjalnie, co nie znaczy, że o do was nie zaglądałam po cichu.
Prace remontowe rozwlekły się nam do granic możliwości, jeszcze nigdy się tak nie ociągaliśmy z robotą. Swoją drogą kłopotów i niespodzianek było całkiem sporo.  Nowe lampy nie chciały świecić, bo ich cienkie kabelki wsunięte do kostki z grubszymi wystającymi z sufitu, wysuwały się niezauważalnie, powodując moją konsternację, egipskie ciemności i wkurw męża, któremu omdlewały ręce od tej koronkowej roboty. Pomogła wymiana kostki, szkoda tylko, że po trzeciej próbie.
O odpadaniu gładzi pisałam, o… zasłony, które pracowicie skracałam, zwężałam i wymieniałam im szlufki, okazały się nierówne. Jedna jak na złość jest krótsza. Dobrze, że zostawiłam zapas, bo cholery na pewno jeszcze skurczą się w praniu.
TV też dostarczył mi uciechy. Po zamontowaniu na ścianie zawisł krzywo, mimo mierzenia i poziomowania. Śmiesznie wyglądał  i zastanawiałam się  nad tym, czy da się to poprawić, czy trzeba się będzie przyzwyczaić. Chwała mężowi, że nie trzeba było się przyzwyczajać, bo wyregulował zwis jak trzeba i teraz jest prosto.
Kupiliśmy też za mało łączników do listew przypodłogowych, po które pojechaliśmy drugi raz, ale tym razem zapomniałam kupić listew podłogowych, łączących pomieszczenia w progach. Miałam je w ręku, ale gdzieś odstawiłam i… wycieczka zaplanowana.
Nadal półki nie są przykręcone, brakuje lamp przy łóżku, a wszędzie gdzie dociera światło, stoją kwiaty. Mąż nie wie o trwającej modzie na urban jungle, ale wpisał się w trend znakomicie. Mnie natomiast brakuje nieco miejsca na dekoracje i głowię się, żeby były, ale nie zagracały pomieszczenia.
Daję parę fotek na gorąco. Brakuje jeszcze paru rzeczy, po kątach leżą narzędzia, ściany puste, ale da się mieszkać.

prawie koniec remontu